Co się zdarzyło w Perle Południa?

12 września 2015 MiejscaOpowiadania  Brak komentarzy

Większość moich znajomych wkroczenie w trzydziesty rok życia traktowało jako wyśmienity powód do hucznego świętowania oraz reorganizacji dotychczasowych priorytetów.

Koleżanki przeżywały inicjację w gabinetach odnowy biologicznej, fundując swoim nadal jędrnym ciałom odmładzające zabiegi, wstrzykując w twarze preparaty, mające za zadanie wyprostowanie pierwszych zmarszczek. Niektóre z nich diametralnie zmieniały swój wygląd, począwszy od włosów, farbowanych na wciąż modne odcienie błękitu i fioletu.

Mężczyźni zaś zaciągali kredyty, sprzedawali ukochane auta, by stać się posiadaczami sportowych samochodów, o tak nisko zawieszonych podwoziach, które w zderzeniu z polskimi krawężnikami, znajdowały się na straconej pozycji.

Nie zależało mi na drastycznych metamorfozach ani na zademonstrowaniu społeczeństwu mojego materialnego statusu. Marzyłam o świętym spokoju, o chwili odosobnienia od codziennego zgiełku, pracy, absorbującej, choć wysysającej ze mnie ostanie zapasy energii, a także od rodziny, zatroskanej moim panieńskim stanem.

Po zlikwidowaniu lokaty, została mi całkiem miła dla oka suma, którą postanowiłam przeznaczyć na realizację urodzinowej zachcianki. Przejrzawszy oferty odległych hoteli, zdecydowałam się wyjechać na drugi koniec kraju. Nie byłam już dwudziestolatką, która niemalże przy każdej okazji musiała udowadniać swoją wartość i umiejętności, poświadczone odpowiednimi dyplomami. Z dnia na dzień stałam się mniej impulsywną, szanującą własne nerwy kobietą, prowadzącą nieco oklepany, ale stabilny tryb życia.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w Perle Południa spotkam kogoś, kto na zawsze odmieni mój los.

 Perła Południa

Do tej pory za cel moich wakacyjnych oraz urlopowych wyjazdów obierałam nadmorskie miejscowości. Mimo tłoku, niemiłosiernie wysokich cen smażonych ryb i wszechobecnych tandetnych pamiątek, uwielbiałam wdychać pełną piersią powietrze przepełnione jodem, a także tańczyć nocą na usłanych meduzami plażach. Byłam opiłkiem metalu, przyciąganym przez wielki, nieokiełznany magnes.

Góry kojarzyły mi się z męczącymi wędrówkami, wymaganą doskonałą znajomością terenu, ja przecież nie potrafiłam prawidłowo odczytywać map. Zginęłabym w trasie bez GPS-a…

Trzydzieste urodziny poniekąd stały się katalizatorem zmian, z których najpoważniejszą była samotna wyprawa do Beskidu Sądeckiego.

Wszelkie niedogodności, których doświadczyłam w trakcie jazdy, odeszły w zapomnienie, gdy przekroczyłam granice hotelowych włości. Zieleń, otaczająca kompleks wypoczynkowy, nacierała na mnie pod postacią bujnych traw, fantazyjnie przyciętych krzewów, a także w formie ogromnych drzew.

Z jednej strony czułam się przytłoczona naturą, z drugiej zaś marzyłam o pozostawieniu auta na parkingu, jak najszybszym załatwieniu spraw, związanych z zakwaterowaniem i bliższym kontakcie z przyrodą.

Perła Południa

Z wcześniej pozyskanych informacji wiedziałam, że zarządzający Perłą Południa, kładą nacisk na racjonalne gospodarowanie energią elektryczną, wodą oraz paliwami opałowymi. Życie w symbiozie z naturalnym środowiskiem- taki cel przyświecał właścicielom obiektów.

Trzygwiazdkowy hotel, umiejscowiony w środku lasu, wyglądał bardzo nowocześnie. Z pewnością gościł uczestników biznesowych konferencji, amatorów tenisowych rozgrywek (dowodziły tego świetnie utrzymane korty), a także zwolenników zdrowego odżywiania (sądząc po uzyskanym certyfikacie Dobrego Dietetyka).

Niczym osiołek, którego poczęstowano zarazem owsem i sianem, nie mogłam zdecydować od jakiej atrakcji powinnam rozpocząć swój pobyt. Po krótkim wahaniu, rozpakowałam bagaże i udałam się na zwiedzanie okolicy.

Perła Południa

Liczne wzniesienia pobudzały fantazję. Wyobrażałam sobie pokryte śniegiem pagórki i stojące na ich szczytach dzieci, które zaopatrzone w sanki, zjeżdżały w parach i w pojedynkę, wydając z siebie radosne okrzyki. Skoro wczesną jesienią okolica prezentowała się niezwykle okazale, czym jeszcze kusiła w trakcie mroźnych miesięcy?

Nie zważając na spojrzenia hotelowych gości, rozłożyłam się na równo ściętej trawie. Zaopatrzona w dobrej jakości przeciwsłoneczne okulary, obserwowałam leniwie płynące po niebie obłoki. Niektóre z nich tworzyły znane kształty, formułując na błękitnym tle ogromne zwierzęta i funkcjonalne przedmioty. Odniosłam wrażenie, jakoby wierzchołki sosen stawały na korzennych palcach, by wzbić się wyżej i ostrymi końcami przebić chmury, wypuszczając z nich tony skumulowanego powietrza.

Rozmarzona nie zauważyłam powiększającego się nad moim ciałem cienia. Wyrwana z zamyślenia przez nieznajomy głos, mimowolnie podniosłam się ku górze. Uczyniłam to tak niefortunnie, że czubkiem głowy, zderzyłam się z pochylonym nade mną mężczyzną.

- Co u licha?- wymsknęło mi się, zanim zdążyłam pomyśleć nad kulturalnym przywitaniem.

- Nie dość że urodziwa, to jeszcze charakterna- skwitował właściciel cienia.

- Wypraszam sobie naprędce skonstruowaną ocenę mojej osoby!- wycedziłam przez zęby- Co panu strzeliło do głowy, żeby się tak skradać i straszyć ludzi w biały dzień?

Na twarzy mojego rozmówcy pojawił się najpiękniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek dane mi było zaobserwować. Współgrał z brązowymi tęczówkami nieznajomego, podkreślał delikatne, mimiczne zmarszczki wokół jego ust, świadczące o pozytywnym nastawieniu do świata. Nie mogłam pozostać obojętna wobec tak sympatycznej reakcji. Czułam delikatne drżenie warg, po czym pozwoliłam im na uniesienie się ku górze.

- I właśnie takiej rekompensaty oczekiwałem po nieoczekiwanym zderzeniu- podsumował.

Następnie wyciągnął do mnie dłoń, oferując pomoc przy podniesieniu się z usłanej trawą ziemi. Oczywiście, nie omieszkałam skorzystać.

- Mniemam, że dopiero poznaje pani uroki Perły Południa, prawda? – zapytał po chwili.

- Na jakiej podstawie wysnuł pan takie wnioski?

- Mam dobrą pamięć do twarzy. Kojarzę hotelowych gości. Panią natomiast widzę po raz pierwszy.

- Jest pan pracownikiem Perły Południa?

- Ależ skąd! Mieszkam w pobliżu- odparł, powstrzymując śmiech.

Nieco zbita z tropu postanowiłam zmienić temat, kierując rozmowę na inne tory.

- Zatem okolica jest panu doskonale znana. Może zechce pan pokrótce opowiedzieć o pobliskich atrakcjach? Byłabym zobowiązana- dodałam, czując krępujące ciepło, rozlewające się na moich policzkach, zwiastujące pojawienie się rumieńców.

- Z przyjemnością, ale wówczas ominąłby panią obiad. A jak mi wiadomo, tutejsza kuchnia słynie z wyśmienitych posiłków.

Zbita z tropu, spuściłam wzrok i wzruszyłam ramionami. Co ja sobie wyobrażałam? Wymagałam od obcego mężczyzny, by wcielił się w rolę darmowego przewodnika? Zapewne ma lepsze rzeczy do roboty. Ten zaś, widząc moją reakcję, dodał uspokajająco:

- Nie chciałem pani sprawić przykrości. Po prostu w tym momencie wzywają mnie… obowiązki. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy wieczorem spotkali się w tym samym miejscu. Jeśli oczywiście ma pani na to ochotę. Oferuję nie tylko udział w konwersacji na temat godnych uwagi obiektów, zabytków, pomników przyrody, a także spacer w miłym towarzystwie. Proszę rozważyć moją propozycję. Nie chciałbym się narzucać. Będę kontent, jeżeli zaszczycie mnie pani swoją obecnością, powiedzmy tuż po osiemnastej?

Czując, że przyczyniłam się do wymuszenia tejże propozycji, usiłowałam zachować resztki godności, wymigując się od spotkania.

- Nie wiem czy zdołam dotrzeć na czas. Jak sam pan zauważył, dopiero co przybyłam do hotelu. Muszę jeszcze załatwić formalności i przede wszystkim odpocząć…

- Gdyby jednak zmieniła pani zdanie, będę czekać w tym miejscu o umówionej porze. Tymczasem żegnam, życząc udanego popołudnia- odrzekł szarmancko, po czym zdecydowanym ruchem chwycił moją dłoń, i na jej zewnętrznej stronie złożył pocałunek…

Co za tupet! Żeby tak się spoufalać z nieznajomą kobietą? Chociaż, z drugiej strony, jegomość w całej swej okazałości prezentował się podejrzanie, jakby nie pasował do aktualnej epoki. Jego maniery, styl wypowiedzi absolutnie nie korespondowały z zachowaniem współczesnego przedstawiciela płci brzydkiej. Ależ mi się trafił gagatek! I to pierwszego dnia pobytu.

Rozmyślając nad dopiero co zakończonym spotkaniem, przepełniona znakami zapytania, zmierzałam w kierunku hotelu. Nie zamierzałam ,,odnawiać, tudzież pogłębiać znajomości”, w trakcie wieczornego spotkania. Jednakże nie da się ukryć, że zżerała mnie czysta ciekawość. Tylko coraz głośniej burczący brzuch, był w stanie odwrócić moją uwagę od nieznajomego.

Obiad zdecydowanie trafił w moje kulinarne gusta. Pstrąg, obficie obsypany rozmarynem, pieczony w kilku garściach gruboziarnistej soli, przyjemnie łaskotał podniebienie. Nawet kieliszek wina, od którego na co dzień stroniłam, idealnie komponowało się z posiłkiem i wnętrzem mojego żołądka. Czując przyjemne zmęczenie, wynikające z zaspokojenia podstawowej potrzeby, udałam się na krótki odpoczynek. Zdążyłam ściągnąć ze stóp sportowe obuwie, po czym ułożyłam głowę na miękkiej poduszce i najzwyczajniej w świece zasnęłam.

Na początku nie zdawałam sobie sprawy ze stanu, w jakim się znajduję. Otaczał mnie bezkres, w skład którego wchodziła ogromna łąka, pozbawione białych plam niebo, a także stojące w oddali drzewa. Zauroczona jednym z motyli, który nieoczekiwanie opuścił bezpieczne płatki jednego z maków, postanowiłam rzucić się za nim w pogoń. Na przemian śmiejąc się i wtłaczając w płuca ciepłe powietrze, gnałam boso przez kolorowe połacie nieskażonego cywilizacją terenu. Depcząc rośliny, nie odczuwałam dyskomfortu. Pozwalałam smukłym łodygom, muskać skórę mych nóg. Właśnie wtedy, gdy już prawie zamknęłam w dłoniach beztroskiego owada, wyrósł przede mną niczym wielki dąb, mężczyzna. Ponieważ stał pod słońce, nad jego głową powstała złota aureola. Nie da się ukryć, że nadawała mu anielskie oblicze. Gdy minął zachwyt, pomyślałam o grożącym mi ze strony nieznajomego niebezpieczeństwie. Porzuciłam pomysł schwytania motyla, i obracając się w przeciwnym kierunku, rozpoczęłam ucieczkę. Teraz to ja byłam zwierzyną łowną. Rozpaczliwie poszukiwałam schronienia.

Co dziwne nie czułam złowrogiego oddechu mężczyzny na moim karku. Do moich uszu nie dotarł odgłos biegnącego prześladowcy. Zatrzymałam się w połowie drogi i gwałtownie obróciłam w kierunku, z którego dotychczas podążałam. Zdziwienie spotęgował fakt osamotnienia na rozległej łące. Nie tylko wstrzymałam bezpodstawną ucieczkę, jak również sprawiłam, że nieznajomy zniknął. Z sercem, łopoczącym jak smagana silnym wiatrem flaga, nasłuchiwałam kroków. Nieco uspokojona, zwróciłam twarz w przeciwległym kierunku. W pierwszej chwili wrzasnęłam z przerażenia!

Stał przede mną, odziany w to samo ubranie, w którym widziałam go podczas ostatniego spotkania. Uśmiechał się równie serdecznie, co łagodnie, próbując zniwelować mój strach. Ba, nawet wyciągnął przed siebie swą dłoń, szepcząc: ,,Nie musisz się mnie obawiać”…

Z lekkim wahaniem, postanowiłam mu zaufać. Kiedy tylko opuszki palców dotknęły ręki nieznajomego, poczułam szarpnięcie, niezwykłą siłę, która odciągała mnie od mężczyzny. Świat zawirował. Straciłam grunt pod nogami. Wydawało mi się, że spadam w głąb przepaści. Przez chwilę trwałam w całkowitej ciemności. Przytłacza mnie kompletna cisza.

Gdy otworzyłam oczy, ponownie leżałam na łóżku, w hotelowym pokoju. Co prawda byłam mokra jak szczur. Pod wpływem emocji, spociłam się niemiłosiernie.

Mimowolnie spojrzałam na zegarek, który wskazywał kwadrans, dzielący mnie od godziny umówionego spotkania. Sen spotęgował ciekawość. Ruszyłam ku łazience, chowając się w prysznicowej kabinie. Chłodny prysznic, przywołał mnie do porządku.

Odziana w wygodne dżinsy i długi sweter, ruszyłam ku nieznajomemu.

Zauważyłam go z oddali. Stał, oparty o jedno z okazałych drzew. Trzymał coś w dłoni. Podeszłam nieśmiało, sygnalizując swoją obecność znaczącym chrząknięciem.

- A jednak doświadczyłem tego zaszczytu- przywitał się w typowy dla dżentelmena sposób.

- Zmieniłam zdanie. Zaintrygowałeś mnie. Nie masz nic przeciwko, jeśli przejdziemy na ,,TY”?- zaproponowałam.

- Nie śmiałbym się sprzeciwić- dodał z uśmiechem na ustach.

Początkowe skrępowanie ustępowało miejsca wzajemnej fascynacji. Chłonęłam każde słowo dopiero co poznanego kompana spaceru. Mimo, iż zdrowy rozsądek nakazywał mi powściągliwość oraz ograniczone zaufanie względem mężczyzny, czerpałam radość z przebywania w jego towarzystwie.

Rozwiązałam również zagadkę tajemniczego przedmiotu, który Jan (tak miał na imię) trzymał w dłoni. W pierwszej chwili bukiet maków wywołał konsternację. Od razu skojarzyłam je z niepokojącym snem. Czyżby rośliny miały coś symbolizować? A może po prostu mężczyzna skłaniał się ku klasycznym rozwiązaniom i podarował mi to, co wywołuje czystą, niezmąconą podtekstami radość?

Malownicza okolica stanowiła doskonałe tło dla naszej wędrówki. Nie odczuwałam zmęczenia, pokonując kolejne kilometry. Chłonęłam słowa mojego rozmówcy, zwracałam uwagę na jego gesty, mimowolne przeczesywanie nieco długiej czupryny. Miał w sobie coś z przedwojennego amanta, urok dżentelmena, który odbył podróż w czasie. Co dziwne, choć roztaczał wokół siebie aurę tajemniczości, jednocześnie sprawiał, że nabierałam do niego zaufania.

Tuż po tym, jak mrok rozlał się po okolicy, głaszcząc do snu sosny, modrzewie i dęby, Jan odprowadził mnie na hotelowy parking. Nie zaprzeczę, że przez chwilę pomyślałam o tym, by zaprosić go do restauracji na przysłowiowego drinka. W końcu mamy XXI wiek i kobiety mogą przejąć inicjatywę. Zapragnęłam zatrzymać go na dłużej, poznać lepiej, mocniej okazać zainteresowanie. Zdziwiło mnie, że nie przejął inicjatywy, nie nalegał na przedłużenie wieczoru.

Nieco rozczarowana, aczkolwiek trzymająca fason, pożegnałam się z mężczyzną, mimowolnie dotykając jego dłoni. To, czego wówczas doświadczyłam, mogę przyrównać do konsumpcji lodów. Wszechogarniający chłód, wywołał ciarki na mych plecach. Zaczęłam drżeć. Musiał to zauważyć, gdyż zdjął swoją kurtkę i przykrył nią me ramiona. Byłam wdzięczna i jednocześnie okropnie zmęczona. Marzyłam o gorącym prysznicu i hotelowym łóżku. Żegnana jego smutnym spojrzeniem, samotnie udałam się do wynajętego pokoju.

Nazajutrz, w dniu moich trzydziestych urodzin, postanowiłam odnaleźć Jana w pobliskiej wiosce. Próbowałam nawet podpytać o niego młodą recepcjonistkę. Ta jednak zarzekała się, że nigdy nie spotkała opisywanego mężczyzny. Podobną odpowiedź usłyszałam z ust napotkanych miejscowych.

Byłam całkowicie zbita z tropu. Przecież nie mogłam sobie tego wszystkiego wyobrazić. Czyżby umysł spłatał mi figla? To miały być pozbawione smutnych emocji urodziny. Tymczasem, zapowiadał się dzień, pełen rozczarowań.

Już miałam zawrócić do hotelu, gdy moją uwagę przykuła kobieta w podeszłym wieku, zbierająca zioła u podnóża odległego nieopodal wzgórza. Postanowiłam ostatni raz zapytać o Jana.

Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy starowinka nie tylko kojarzyła obiekt moich poszukiwań, ale również posiadała znaczną wiedzę na jego temat…

- Jeszcze przed wojną- rozpoczęła swą opowieść- w pobliskiej wiosce, mieszkało małżeństwo, które dość późno opatrzność pobłogosławiła potomstwem. Wymodlone, wyczekane pacholęta, przyszły na świat pewnego wieczoru. Dwaj bracia, bliźnięta- Maciej i Jan im było na imię. Rosły chłopaki jak na drożdżach. Nie ma się co dziwować, skoro matka karmiła ich tym, co ojciec zebrał z pola i gospodarskie zwierzęta miały w sobie najlepszego. Pełno ich było wszędzie, ciekawskie to były stworzenia. Maciej, odważny i porywczy, Jan nieco stonowany, książki kochał i samotne wycieczki w góry. Jak przyszła wojna, Maciej się pierwszy zaciągnął. Na front chciał iść, wroga wybić, jak mawiał. Jan przy rodzicach został, gospodarstwa doglądał. Mówili o nim, że stchórzył, że mu ojczyzna niemiłą sercu była. Czas jednak pokazał, że los mu wyznaczył inne zadanie.

Kiedy obcy przyszli do wioski i karabinami machali nam nad głowami, miejscowi uciekli do kościoła. W tym popłochu ojciec stracił z oczu syna, matka córkę, brat siostrę. Każdy drżał o życie swoje i bliskich. Po zamknięciu wrót, w kościele rozniosło się żałosne nawoływanie. Ludzie odszukiwali się nawzajem. Jedna z kobiet zorientowała się, że w domu zostało jedno z jej dzieci. Zaczęła lamentować. Nikt nie odważył się opuścić murów kościoła. Nikt prócz Janka. On jako jedyny postanowił wrócić do wioski i przyprowadzić z chałupy malca.

Pamiętam rozdzierający krzyk obcych, wydających rozkazy, odgłos kul, przecinających powietrze, odbierających życie sąsiadom, szczekanie psów i ryk spłoszonych zwierząt. Czasami budzę się w nocy, śniąc o pięściach, uderzających we wrota kościoła, nie mogąc wybaczyć naszym oprawcom krwawej jatki.

Spróbowałam wyobrazić sobie opisywaną sytuację, strach, chroniących się w pańskim przybytku mieszkańców, niepokój, związany z przyszłością. Zacisnęłam pięści, życząc, by najeźdźców dosięgnęła karma. Po krótkiej przerwie, kobiecina wznowiła swą opowieść.

- Czas dłużył się niemiłosiernie, rozciągał, jak anielskie włosie na bożonarodzeniowym drzewku. Zdawać by się mogło, że od wyjścia Janka minęły całe wieki. W końcu usłyszeliśmy jego głos, błagający o otwarcie wrót.

Wstrzymałam oddech, pragnąc poznać dalszy ciąg historii, w myślach trzymając kciuki za lokalnego bohatera.

- Kiedy uchyliliśmy wrota, prowadzące do kościoła, wnętrze świątyni rozświetliły promienie słońca. Zdawało nam się, że to niebo otacza ramionami swe przerażone dziatki. Na pierwszych stopniach schodów, prowadzących do bożego przybytku, stał Janek, tulący do siebie przestraszone, zapłakane dziecko. Matka zguby podbiegła do drzwi, pragnąc przywitać się z dzieckiem. Ono samo wyciągnęło ku rodzicielce drobne rączki, po czym pognało w jej stronę. Właśnie wtedy rozległ się huk.

Przeszył mnie zimny dreszcz. Tak bardzo chciałam, by Janek wraz z mieszkańcami wioski, doświadczył szczęśliwego zakończenia. Jednakże zdawałam sobie sprawę z realiów i w głębi serca przeczuwałam tragedię. Pozwoliłam staruszce dojść do słowa.

- Lico Janka, początkowo zmęczone i umorusane, przyozdobił dziwny grymas. Najpierw błysk straciły jego wiecznie uśmiechnięte oczy, zaś usta, niosące pociechę i dobre słowo, przybrały kształt podkowy. Na środku szarej koszuli, sklejonej z umięśnionym ciałem, plamami potu, pojawił się zarys maku. Czerwone płatki rozrastały się z każdą chwilą, puchły, niczym nasączona gorącą zupą pajda chleba. Lecz to nie kwiat rozkwitł na piersi dzielnego Janka, tylko krew, której kula pozwoliła wypłynąć z żył.

Nie miałam siły dłużej powstrzymywać powiek, chroniących policzki przed potokiem łez. Nieznośnie szczypały skórę, żal zaś ściskał mi gardło, pragnące wydać z siebie dowód rozpaczy.

- Pochowaliśmy go, jak tylko obcy opuścili wioskę. Nie na cmentarzu, ale w lesie, który tak ukochał. Czasem go ktoś przyuważy, jak zbiera maki na łące, albo spaceruje pomiędzy drzewami.

- Sugeruje pani, że spotkałam, że rozmawiałam z duchem?- zapytałam przerażona.

- Niczego nie sugeruję. Powtarzam, co ludzie mówią. Janek z twojej opowieści wypisz wymaluj przypomina naszego bohatera, a resztę to ty sobie panienko sama dopowiedz…

Poruszona zdobytymi informacjami postanowiłam wrócić do hotelu. Nie mieściło mi się w głowie, że postać z lokalnej legendy, mogła opuścić ramy opowieści, ba, historii, pozwalając skrzyżować się naszym drogom. Miałam niezbite dowody na istnienie mężczyzny, z którym spędziłam ostatni wieczór- chociażby kurtkę, której mi użyczył. Powiesiłam ją na oparciu krzesła w hotelowym pokoju. Przyspieszyłam, ponaglana ciekawością i pragnieniem upewnienia swych racji.

Jak na złość magnetyczna karta, chroniąca dostępu do pomieszczenia, postanowiła odmówić posłuszeństwa. Wydawało mi się, że los ma jakiś cel, opóźniając mój powrót do pokoju. W końcu, przy pomocy personelu, przekroczyłam próg wynajmowanego lokum. Chcąc zostać sama, wręczyłam napiwek chłopakowi, który otworzył drzwi, po czym podeszłam do krzesełka.

Jakież wielkie było moje zdziwienie, gdy na jego poręczy zamiast elementu męskiej garderoby ujrzałam pustkę. Dałabym sobie uciąć rękę, że wspomnianą kurtkę zostawiłam w tym właśnie miejscu! Zaczęłam nerwowo rozglądać się po pokoju.

Tymczasem, moją uwagę przykuł pewien niepasujący do wnętrza element. Otóż, na siedzeniu leżał bukiet… maków! A jednak! Wiedziałam, że coś jest na rzeczy!

Wiedziona instynktem, pognałam ku recepcji, prosząc pracownicę, aby udostępniła mi nagranie z monitoringu. Naprędce wymyśliłam historię, która w gruncie rzeczy niewiele mijała się z prawdą. Opowiedziałam o ,,włamaniu” do pokoju, uszkodzeniu zamka i ,,kradzieży” ubioru. Nawet nie chcę sobie wyobrazić, jakie myśli przetoczyły się przez głowę kobiety. Na pewno odniosła wrażenie, że ma do czynienia z wariatką…

Oczywiście, monitoring niczego nie wykazał. Jak mogłam sądzić, że duch pozostawi po sobie ślad w postaci nagrania… Zażenowana wróciłam do pokoju, do końca pobytu unikając pracowników hotelu.

Nazajutrz, spakowana, nie bez żalu żegnałam się z piękną okolicą i Perłą Południa, w której przeżyłam przyprawiającą o dreszcze przygodę. Nim jednak odpaliłam silnik w swoim aucie, postanowiłam ostatni raz pożegnać się tym miejscem. Wróciłam tam, gdzie pierwszy raz ujrzałam cień Janka. Ponownie położyłam się na trawie, tym razem zamykając oczy. Niestety, nie doświadczyłam ani jego obecności ani tym bardziej niczego nadzwyczajnego. Nieco rozczarowana, strzepnęłam ze spodni grudki ziemi i kilka zabłąkanych ździebeł bujnej roślinności. Wtedy, w oddali wydawało mi się, że między drzewami mignęła jakaś postać. Może tak bardzo chciałam go zobaczyć, że mózg na zawołanie stworzył iluzję? A może Janek naprawdę przyszedł się ze mną pożegnać?

W każdym razie ruszyłam w powrotną podróż, z bukietem maków, leżących na siedzeniu pasażera.

———————————————————————————

Niewątpliwą ozdobę powyższej wypowiedzi stanowią zdjęcia, które zapożyczyłam ze strony: http://perlapoludnia.pl/. Nie ukrywam, że to właśnie wirtualna wycieczka, a także wspomniane fotografie, natchnęły mnie do napisania powyższego opowiadania.

Jeśli natraficie w sieci na godne uwagi miejsca, które mogłyby pojawić się na moim blogu, jako tło opowiadań, śmiało umieszczajcie linki w komentarzach.

li_lia

W październiku 2010r. zostałam mamą. Od tamtej pory godzę domowe i macierzyńskie obowiązki ze swoją pasją- pisaniem. Klawiatura jest moją najlepszą przyjaciółką. Piszę, ponieważ czuję potrzebę okiełznania myśli za pomocą liter.

Zostaw komentarz

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>