SZALEŃSTWO Susan Vaught

23 lutego 2016 Książka  Brak komentarzy

Komu w większym stopniu udzieliło się szaleństwo: pomysłodawczyni powieści czy mnie, niewyżytej emocjonalnie czytelniczce, która mimo wielu przeszkód postanowiła dotrwać do finału historii?

Żadna z nas nie zmaga się z chorobą umysłową, a mimo wszystko odniosłam wrażenie, iż lektura utworu Susan Vaught wiąże się z postępowaniem, które wykracza poza dawniej ustalone przeze mnie normy.

Zazwyczaj, gdy książka nie spełnia moich oczekiwań, kiedy męczy mnie mentalność bohaterów, brak logiki w ich postępowaniu, durne, nienaturalne dialogi, wyolbrzymianie nieistotnych szczegółów, styl autora, wówczas bez wyrzutów sumienia odkładam dany egzemplarz na półkę. Ten stanowczy akt ma w sobie coś brutalnego, co odbiera danej opowieści szansę na chociażby maleńką rehabilitację. Lecz z drugiej strony chroni mnie przed dalszym marnowaniem czasu.

Dlaczego zatem nie skazałam na wieczne zapomnienie lektury, która zaledwie kilka dni temu ukazała się nakładem wydawnictwa YA!? Dlaczego dobrnęłam do ostatniej strony Szaleństwa?

Szaleństwo  Susan Vaught

Czyżbym popadła w obłęd, stawiając tyle znaków zapytania? A może oddziaływanie bohaterów stało się tak intensywne, że zdołało przekroczyć papierowe granice i wpłynąć na zmienność mojego nastroju? Przecież, mimo usilnych starań, nie byłam podatna na sugestie autorki, a świat przedstawiony jawił mi się, jako nieprzekonujący wytwór cudzej wyobraźni.

Lekturę Szaleństwa mogłabym przyrównać do seansu niskobudżetowego  horroru, zaliczonego do klasy C, a nawet niżej. Odniosłam wrażenie, że dla jego pomysłodawczyni liczą się tylko hektolitry przelanej krwi, makabryczne zbrodnie, nadnaturalne istoty, niemogące zaznać po śmierci spokoju, albo też odbyć kary w jakiejkolwiek wersji piekła. Im dziwniej, tym lepiej. Robaki, węże, zjawy, strzygi, upiorne, jednookie drzewo z uzębioną paszczą, mordercy, specjalizujący się w uśmiercaniu dzieci, nawiedzony kaznodzieja tworzą niezbyt udane tło opisywanej historii. Vaught skupiła uwagę czytelnika na szczegółowych opisach obrzydliwych sytuacji i scen, które zamiast wywoływać ciarki na plecach, wzbudziły we mnie niesmak.

W samym pomyśle tkwił ogromny potencjał. Umieszczenie akcji powieści w szpitalu psychiatrycznym, kompleksie budynków, które żywiły się energią pacjentów oraz personelu i usytuowanie w nich Nieumarłych, uważam za kuszące, dające prawo do tego, by od całości wymagać pewnego poziomu. Mamy zatem do czynienia z młodym mężczyzną, który przy pomocy równie silnej istoty, przeprowadza na słynną drugą stronę zbłąkane dusze. Oręż Levi’ego stanowi wataha przerażających psów oraz stado gęsi o dość nietypowym wyglądzie. Na początku sprawia on wrażenie wysłannika ciemności, jego przywrócone do życia serce spowija mrok, pragnący odrobiny ciepła. Oczywiście znajduje szansę na ogrzanie. Iskierką nadziei i prawdziwą sojuszniczką w okiełznywaniu duchów, które traktują psychiatryk, jako pomost między dwoma światami, okazuje się równie niebezpieczna Forest. Odkrycie tajemniczego pochodzenia dziewczyny, a także drzemiących w niej mocy, pomoże bohaterom unicestwić prawdziwe potwory.

Lakoniczny sposób scharakteryzowania postaci odebrał mi możliwość obdarzenia sympatią  któregokolwiek z bohaterów. Nawet wiekowa Imogena, będąca strażniczką duchowego porządku w szpitalu, stanowiła dla mnie zagadkę, nie wspominając już o odtwórcach drugoplanowych ról.

Autorce wyraźnie zależało na tym, by historia nie wiała nudą, by zaskakiwała czytelnika natłokiem wydarzeń, ilością niebezpiecznych przedsięwzięć, a także spotkaniami z żądnymi krwi psychopatami. Tymczasem ulokowana w Never (stan Kentucky) placówka, już samym swym wyglądem potrafiła zamieszać w umyśle odbiorcy książki. Wystarczyło zrezygnować z udziwnionych sytuacji i karykaturalnych bestii, skupić się na wewnętrznych rozterkach Levi’ego, Forest, Imogeny, Dariusza, Triny, rozbudować ciekawą, śmiercionośną relację, między Nieumarłymi, by uzyskać kawał dobrej prozy.

Nie będę jednak do końca krytykować Vaught, zarzucając jej kompletny brak pisarskich umiejętności. Momentami Susan tworzyła napięcie, od którego włos jeżył się na głowie, zaś umysł odmawiał posłuszeństwa. Żałuję, że pominiętych zostało wiele wątków, w zastępstwie których pojawiły się te, warte mniejszej uwagi. Po lekturze niespełna 350 stron nasunął mi się wyłącznie jedne wniosek- dobro i zło, niczym dwa magnesy, lgną ku sobie na przekór zdrowemu rozsądkowi, czerpiąc siłę z wzajemnej fascynacji, z przekonania, iż przeciwieństwa stanowią dopełnienie skomplikowanej całości.

Szaleństwo  Susan Vaught

Szaleństwo

Susan Vaught

Przekład: Bartłomiej Ulatowski

Warszawa 2016

YA! (Grupa Wydawnicza Foksal)

Półka: książka pochodzi z mojej prywatnej biblioteczki, nie została przekazana w ramach współpracy.

li_lia

W październiku 2010r. zostałam mamą. Od tamtej pory godzę domowe i macierzyńskie obowiązki ze swoją pasją- pisaniem. Klawiatura jest moją najlepszą przyjaciółką. Piszę, ponieważ czuję potrzebę okiełznania myśli za pomocą liter.

Zostaw komentarz

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>